Przejście do firmy KM-Net

olszser1

owywoz

nitus3

komiaNasz „polski” Opel Vivaro, który pożyczyliśmy na podróż z firmy „Bus.Małopolska”, zaczął niedomagać ze zmianą biegów już w drodze do Obertyna. Tomasz Damian, akurat nie pożyczony kierowca, tylko jak najbardziej „urzędowy” podszedł do tego problemu zupełnie po polsku – jakoś objedziemy. No to po zwiedzaniu Obertyna jedziemy Oplem do Kołomyi. Kołomyja za czasów Rzeczypospolitej należała do województwa stanisławowskiego, była miastem powiatowym, w 1921 roku liczyła 41097 mieszkańców; z czego 15 tysięcy Polaków, 16 tysięcy Żydów i 10 tysięcy Ukraińców. Była więc Kołomyja typowym kresowym miastem z całą mozaiką kultur. Wyjeżdżamy z Obertyna tuż za naszymi przewodnikami; księdzem Zauchą i Stanisławskim, który w swoim Mercedesie podobno codziennie pokonuje tą trasę: Kołomyja (tu mieszka Stanisławski) – Obertyn - Kołomyja.

kokonawaDaleko nie jest. Zaraz za Obertynem znak informuje, że do Kołomyi jest 18 kilometrów. Jeśli ktoś myśli, że na pokonanie takie odcinka trzeba 15 minut, to jest w wielkim błędzie – trzeba co najmniej trzy razy tyle – 45 minut to jest akurat! Nazwanie tego dość drdzuirszerokiego skądinąd pasa do przemieszczania się, drogą, jest bowiem sporym nadużyciem. Kiedyś być może była to droga, teraz jest to pozostałość po drodze. Tutaj nie ma możliwości ominąć dziury w resztkach asfaltu, tu trzeba celować, by wjechać w mniejszą dziurę niż większą. Rozumiem teraz dlaczego podczas tego swoistego Safari mijamy głównie poczciwe Łady. Jesteśmy w Kołomyi i tu koło jezuickiego kościoła na nas czeka przewodniczka o imieniu Irena. Irena pochodzi z mieszanej, polsko – ukraińskiej rodziny, jej tata jest prezesem jednego z trzech działających w Kołomyi polskich stowarzyszeń. Irena skończyła studia na KUL-u w Lublinie, trochę w Polsce pomieszkała i wróciła do rodzinnego miasta. Mówi pięknie, z kresowym akcentem po polsku i kokojezciekawie opowiada. Zaczynamy od zwiedzania kościoła p.w. św. Ignacego Loyoli w Kołomyi z 1897 roku zbudowanego w stylu neogotyckim – to dawny kościół jezuitów z konwentem. Irena opowiada nam, że w okresie sowieckim kościół został zamieniony na magazyn meblowy i gdy na początku lat 90 – tych minionego wieku zwracano go polskiej społeczności katolickiej, to w nocy w przeddzień zwrotu, został zniszczony ołtarz główny. Przewodniczka opowiada też o cudownym obrazie Matki Bożej Kołomyjskiej, który w czasie wysiedleń w porę trafił do Polski. Teraz obraz znajduje się w Skomielnej Czarnej. Zdaniem prof. Kurpika, poziom wykonania tego obrazu „można określić jako najwyższy w kategorii XVII-wiecznych kopii" Cudownego Wizerunku. Obecny ołtarz został w całości zbudowany według wzoru starego, a obraz Matki Bożej jest wierną kopią Cudownego Wizerunku. W świątyni, kokowiw której odprawiana jest jedna niedzielna msza święta, nadal widać zniszczenia dokonane w okresie sowieckim. Irena zaprasza nas do zwiedzania fragmentu Kołomyi, która obecnie liczy około 60 tys. mieszkańców. Idziemy w kierunku Rynku mijając po drodze budynki byłego, kosppolskiego Domu Ludowego i obok niego takoż podobnej instytucji ukraińskiej. W Domu Ludowym prowadziło działalność Towarzystwo Tatrzańskie, które wyznaczyło m.in. pierwsze wówczas szlaki turystyczne, stawiało pierwsze schroniska w Żabiu i Czarnohorze. W budynku mieści się Muzeum Pokucia i Huculszczyzny, które posiada bogatą huculską kolekcję tkanin, strojów, sprzętów domowego użytku i instrumentów muzycznych. Warto tu również obejrzeć makiety ikonostasów lub całych nieistniejących już cerkwi oraz odtworzone wnętrze chaty huculskiej. My nie mamy na to czasu. Przewodnicza opowiada o historii miasta. Nie zgadza się z tezą, że nazwa Kołomyi ma związek z założycielem miasta królem halickim Kolomanem. Raczej przychyla się do hipotezy, że nazwa wzięła się od tego, że Huculi myli w pobliskim Prucie (rzekę nazywali Myja – p. K.D.) koła swoich wozów przed wjazdem do miasta, stąd: „koło Myja”. Mało kto u nas ma świadomość, że Kołomyja była bardzo ważnym ośrodkiem wydobycia cennej w wiekach średnich, aż po XVII wiek, soli. Osada zyskała przywilej lokacyjny oparty na prawie magdeburskim już z końcem panowania Kazimierza Wielkiego. Jest wysoce prawdopodobne, iż od XV wieku w obrębie miasta oddzielnie rządziły się dwie gminy: jedna na prawie magdeburskim, druga na prawie ruskim (wołoskim); prócz tego od XVI wieku w Kołomyi aktywne było duże skupisko Żydów. Na chwilę kokobazylikaprzerywamy historyczne rozważania, bo zbliżamy się do wielkiego placu i pięknej bazyliki greko-katolickiej w piwnicach której znajduje się muzeum ikon. Jak mówi Irena, są tutaj ikony nawet z XVII wieku, a sam papież Jan Paweł II dofinansowywał budowę bazyliki. Wchodzę na chwilę do wnętrze bazyliki, robię zdjęcie i wychodzę - nie chcę przeszkadzać w śpiewnej, unickiej modlitwie. Śpiew jest tak piękny, że nie można się dziwić, że greko-katolikom nie potrzeba organów. Zbliżamy się do koraRynku utworzonego na planie trójkąta z ratuszem w rogu od strony rzeki Prut, gdzie boki trójkątnego Rynku się schodzą. Prut dziś jest daleko od Rynku, choć do początku XVII wieku miasto leżało nad brzegiem rzeki. Niszczące najazdy Tatarów Krymskich w XVI wieku, a i przecież Mołdawian (patrz Bitwa pod Obertynem) oraz wydaje się, że przede wszystkim wylewy Prutu, skłoniły władze polskie na początku XVII wieku do przeniesienia miasta na nowe miejsce, nieco wyżej na wzgórze. Kołomyja miała swoją kolej szynową funkcjonującą od odkrycia w okolicy złóż ropy naftowej i węgla kamiennego. Popularny ekspres Kołomyja - Peczeniżyn, zwany też "lokalką", służył do przewożenia ropy naftowej z szybów w Słobodzie Rungurskiej i Peczeniżynie do rafinerii w Kołomyi. Codziennie wolno, majestatycznie „lokalka” przejeżdżała przez centrum miasta pilotowana przez galowo ubranego kolejarza z trąbką i chorągiewką w dłoni. Ciągnąca ekspres lokomotywa z okazji przypadających świąt była różnie przystrajana. Dla przykładu w dniu święta morza przybierała kształt okrętu z żaglami, w dzień św. Huberta przypominała potężnego jelenia z rogami, w święto lotnictwa miała kształt samolotu. Była to atrakcja nie tylko dla turystów, ale sami Kołomyjanie byli dumni ze swojej „lokalki”. Teraz przed Świętami Wielkanocnymi Rynek w Kołomyi przystrajany jest „budkami handlowymi”. Na ratuszu powiewa ukraińska flaga narodowa. W okresie międzywojennym z balkonu tego ratusza co rano, o świcie trębacz wygrywał fragment pieśni religijnej autorstwa Franciszka Karpińskiego „Kiedy ranne wstają zorze”. Wychodzimy z Rynku mijając budki handlowe i na chwile przystajemy przy pomniku Tarasa Szewczenki. Jakie postaci ten postument nie widział? Stał koplatutaj Józef Piłsudski, któremu pomnik postawiono za życia i podobno osobiście pozował do niego. Potem Marszałka zepchnięto z cokołu i postawiono tam Józefa innego zupełnie, bo i inna epoka nadeszła – stanął w miejscu Piłsudskiego generalissimus Stalin. Gdy się okazało, że Stalin nie za bardzo może stać, to wymieniono go na Lenina. Podobno jednego dnia ustawiono posąg przywódcy rewolucji Październikowej, a w nocy ktoś oberwał posągowi głowę. W pośpiechu więc doczepili Leninowi nową głowę; szkopuł w tym, że na głowie miał czapkę i w ręku czapkę też trzymał. Kołomyja jest ojczyzną „kołomyjki” – tańca z dowcipnymi przyśpiewkami, tak popularną jak polka, mazur, krakowiak czy kujawiak, a może jeszcze bardziej, bo dzisiaj młodzież ukraińska bez kołomyjki żadnej domówki czy ogniska nie zorganizuje. Przed wojną w rewii śpiewano: „…Kołomyja to stolica, Każdy człek się nią zachwyca, Zna ją także zagranica, Kołomyja słynna jest…” To trochę dla żartu ale i z zazdrości. Z żartu dlatego, że w Rzeczypospolitej utarło się powiedzonko: "Anglik z Kołomyi", a miało ono oznaczać prowincjusza udającego światowca; imitacja blichtru, słoma w butach, ale na głowie najlepszy markowy kapelusz. Ten lekceważący ton, który kokolumiadawał się słyszeć w głosie warszawiaka, lwowiaka czy krakusa, był jednak wyrazem wyjątkowej ignorancji, bo Kołomyja nie była zapyziałą dziurą, wszak dzięki odkryciu obfitych złóż ropy naftowej w pobliżu miasta powstały setki szybów, które do Kołomyi ściągnęły kapitał angielski. Anglik z Kołomyi z grubym portfelem w kieszeni był marzeniem dla każdego sklepikarza, hotelarza czy właściciela pensjonatu od Krynicy po Truskawiec, od Kosowa po Zakopane. Dziś Kołomyja słynie z oryginalnego, jedynego komuzeumpisankiw świecie Muzeum Pisanki Wielkanocnej. Wielkie, wielkanocne jajo mieści ponad 10 tysięcy pisanek z całego świata, w tym pokaźną liczbę polskich pisanek. Powoli zapada zmierzch. Mijamy kolejne obiekty, w tym atelier słynnego fotografika, którego nawet władza sowiecka nie tknęła, byłą dzielnicę żydowską i poradziecki skwer poświęcony żołnierzom Armii Czerwonej którzy polegli podczas II wojny światowej – pomnik im poświęcony powstał na miejscu cmentarza żydowskiego. Pytam przewodniczki o to jakie narodowości tworzą teraz społeczność prawie 70 tysięcznego miasta, wieloetnicznej kiedyś Kołomyi. - Polaków nie ma zbyt wielu, może nawet więcej tu teraz mieszka ludzi pochodzenia rosyjskiego – zastanawia się przewodniczka – choć to się wymieszało. koatelierIrena opowiada, że w czasach sowieckich Kołomyja była miastem wojskowym, garnizonowym, zamkniętym. Ponadto była tutaj wielka fabryka maszyn zatrudniająca kilka tysięcy osób, która w każdej chwili mogła być przestrojona na produkcję wojenną. Dziś fabryki już nie ma, garnizonu też nie, za to jest duże bezrobocie. Prace można znaleźć teraz w tzw. budżetówce i w handlu oraz usługach gastronomiczno- hotelarskich. Tyle. Żegnamy się z Ireną w miejscu w którym się pierwszy raz spotkaliśmy. Przed wojną śpiewano taka oto kołomyjkę: Kołomyja nie pomyja, Kołomyja miasto. A dziewczyny tam smakują jak najlepsze ciasto. Pięknie o swoim mieście opowiadała Irena, ale i tak mojemu koledze Tomaszowi najbardziej podobały się jej szare oczy.
koosrdkokawBogdan Stanisławski rozlicza się z przewodniczką, a nas zaprasza na finał do kawiarni w ośrodku rekreacyjnym nad jeziorem. Spędzamy tu jakiś czas kosztując miejscowych specjałów fundowanych nam przez Stanisławskiego. Jest sporo miejscowych, młodych ludzi. Jak wszędzie powiewa ukraińska flaga, ale obok flagi ukraińskiej powiewa też nacjonalistyczna flaga banderowska. W końcu po bogatym w atrakcje turystyczne dniu dziękujemy organizatorowi wycieczki i żegnamy się. Nasz kierowca Tomasz Damian wrzuca „dwójkę” i tak jedziemy do Obertyna, bo już biegu nie da się zmienić. Z drugiej strony nie ma potrzeby aby zmieniać bieg, zważywszy na trasę która przed nami. Dojeżdżamy na dwójce pod Ochronkę. Trzeba będzie załatwić jakiś transport, bo jutro po spotkaniu z polską młodzieżą z Oberytna, powinniśmy wracać do Zakliczyna. Ale czym? Na razie nie wiadomo.

cdn.

Partner zakliczyninfo

Archiwum


© Oficjalny Portal Internetowy Zakliczyńskiego Centrum Kultury w Zakliczynie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie: M. Papuga. Regulamin witryny www.zakliczyninfo.pl